czwartek, 26 maja 2016

Tojeszczeniematytułu Prolog

ALICE

Dziś szłam polną ścieżką, która zbytnio nie różniła się od wyglądu innych, zwyczajnych polnych ścieżek. Po prawej stronie ścieżki rozciągało się pole zasiane żytem, które już dojrzałe czekało na zbiór, zaś po lewej stronie krajobraz był nieco inny – w oddali widać było las, a przestrzeń pomiędzy mną, a nim wypełniały  chwasty i rozłożyste krzewy jeżyn. Był ciepły, wręcz upalny dzień, lecz wszystko, łącznie z przyrodą, przygotowywało się już na nadejście jesieni. Wszystko tonęło w złotym świetle późnego letniego popołudnia. Podeszłam do jednego z krzaków szukając ciemnofioletowych owoców. Poza moim zasięgiem wisiała piękna, dojrzała i wielka jeżyna. Chcąc po nią sięgnąć włożyłam nogę pomiędzy gałęzie i wychylając się pod dużym kątem wyciągnęłam rękę, jednakże coś poszło nie tak i straciłam równowagę upadając prosto w objęcia kolczastych zarośli.
- No i co teraz zrobisz? – zapytał mój towarzysz z sarkazmem. Czułam, że kolce wbijają się w moje niezasłonięte ubraniem ręce i nogi.
- A co mam zrobić? Poleżę sobie tutaj… - westchnęłam. Wiedziałam, że każdy ruch zada mi jeszcze więcej bólu.
- Skoro tak mówisz. – odrzekł, a następnie podszedł do miejsca, w którym leżałam, złapał za talię i podniósł niczym porcelanową lalkę. Stanęłam z powrotem na ziemi, cała moja biała sukienka pobrudzona była sokiem ze zgniecionych owoców, ziemią i odrobiną krwi, która sączyła się powoli z malutkich ranek na całym moim ciele.
- Dziękuję. – powiedziałam otrzepując ze zwieszoną głową sukienkę. Mój towarzysz złapał mnie za podbródek, tak, aby nasze oczy się spotkały. Utonęłam w błękicie oczu, w które właśnie się wpatrywałam. Byłam tysiąc mil pod wodą, widząc w oddali nikłe światło, które pozwalało mi jeszcze bardziej zapadać się w ciemność, wręcz na mnie to wymuszało. Nie mogłam oddychać.

Chciałabym, żeby tak było, ale to nie możliwe w swej możliwości. Los od początku skazał mnie na nudne, pozbawione takich widoków życie. Czasem, grając w różne gry, zaczynam żałować, że żyję w takim szarym świecie, w tych grach wszystko jest kolorowe, wiosną przez lasy przetaczają się tysiące różowych płatków, letnie wieczory nie pozbawione są świetlików, które można łapać w słoiki przy akompaniamencie delikatnej muzyki, jesienią trawniki zdobią dywany kolorowych liści, scenerię oświetla leniwe, złote światło, zimą zaś pada śnieg i można wyjść na dwór w celu ulepienia idealnego bałwana. Wszystko to na wyciągnięcie ręki, ale… No właśnie, co to za przyjemność, jeżeli nie czuje się ogrzewających przyjemnie twarz promieni słońca, zmęczenia, nie szura się nogami po podłodze i nie zmienia nastroju. Wszystkie gry są wyłącznie liczbami, jakąś gromadą pikseli, a one nie przynoszą szczęścia. Tak samo jest w przypadku filmów, książek, obrazów, muzyki. Wszystko, a zarazem nic. Można się przenieść w inny świat, ale równocześnie nadal prowadzi się bolesną egzystencję w tym.  Takie właśnie było moje życie – szare, beznadziejne, monotonne. Zaraz po przyjściu ze szkoły kładłam się na łóżku i myślałam nad sensem życia i egzystencji ogólnie, do końca dnia wlepiając oczy w sufit albo w ekran mojego ledwie żywego laptopa. Grałam w różne gry, godzinami przesiadywałam na facebooku, byłam już zmęczona moim żywotem. Wtedy postanowiłam go odmienić, zająć się czymś naprawdę ciekawym, czymś, co by pochłonęło moją uwagę i poprowadziło z dumą przez życie, czymś co było idealne dla mnie i tylko dla mnie. Czułam, że rozpoczynam nowy rozdział w księdze o tytule „Życie Alice”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz