ALICE
Dziś szłam polną ścieżką, która zbytnio nie różniła się od
wyglądu innych, zwyczajnych polnych ścieżek. Po prawej stronie ścieżki rozciągało się pole
zasiane żytem, które już dojrzałe czekało na zbiór, zaś po lewej stronie
krajobraz był nieco inny – w oddali widać było las, a przestrzeń pomiędzy mną,
a nim wypełniały chwasty i rozłożyste
krzewy jeżyn. Był ciepły, wręcz upalny dzień, lecz wszystko, łącznie z
przyrodą, przygotowywało się już na nadejście jesieni. Wszystko tonęło w złotym
świetle późnego letniego popołudnia. Podeszłam do jednego z krzaków szukając
ciemnofioletowych owoców. Poza moim zasięgiem wisiała piękna, dojrzała i wielka
jeżyna. Chcąc po nią sięgnąć włożyłam nogę pomiędzy gałęzie i wychylając się
pod dużym kątem wyciągnęłam rękę, jednakże coś poszło nie tak i straciłam
równowagę upadając prosto w objęcia kolczastych zarośli.
- No i co teraz zrobisz? – zapytał mój towarzysz z
sarkazmem. Czułam, że kolce wbijają się w moje niezasłonięte ubraniem ręce i
nogi.
- A co mam zrobić? Poleżę sobie tutaj… - westchnęłam.
Wiedziałam, że każdy ruch zada mi jeszcze więcej bólu.
- Skoro tak mówisz. – odrzekł, a następnie podszedł do
miejsca, w którym leżałam, złapał za talię i podniósł niczym porcelanową lalkę.
Stanęłam z powrotem na ziemi, cała moja biała sukienka pobrudzona była sokiem
ze zgniecionych owoców, ziemią i odrobiną krwi, która sączyła się powoli z
malutkich ranek na całym moim ciele.
- Dziękuję. – powiedziałam otrzepując ze zwieszoną głową
sukienkę. Mój towarzysz złapał mnie za podbródek, tak, aby nasze oczy się
spotkały. Utonęłam w błękicie oczu, w które właśnie się wpatrywałam. Byłam
tysiąc mil pod wodą, widząc w oddali nikłe światło, które pozwalało mi jeszcze
bardziej zapadać się w ciemność, wręcz na mnie to wymuszało. Nie mogłam
oddychać.
Chciałabym, żeby tak było, ale
to nie możliwe w swej możliwości. Los od początku skazał mnie na nudne,
pozbawione takich widoków życie. Czasem, grając w różne gry, zaczynam żałować,
że żyję w takim szarym świecie, w tych grach wszystko jest kolorowe, wiosną
przez lasy przetaczają się tysiące różowych płatków, letnie wieczory nie
pozbawione są świetlików, które można łapać w słoiki przy akompaniamencie
delikatnej muzyki, jesienią trawniki zdobią dywany kolorowych liści, scenerię
oświetla leniwe, złote światło, zimą zaś pada śnieg i można wyjść na dwór w
celu ulepienia idealnego bałwana. Wszystko to na wyciągnięcie ręki, ale… No
właśnie, co to za przyjemność, jeżeli nie czuje się ogrzewających przyjemnie
twarz promieni słońca, zmęczenia, nie szura się nogami po podłodze i nie
zmienia nastroju. Wszystkie gry są wyłącznie liczbami, jakąś gromadą pikseli, a
one nie przynoszą szczęścia. Tak samo jest w przypadku filmów, książek,
obrazów, muzyki. Wszystko, a zarazem nic. Można się przenieść w inny świat, ale
równocześnie nadal prowadzi się bolesną egzystencję w tym. Takie właśnie było moje życie – szare,
beznadziejne, monotonne. Zaraz po przyjściu ze szkoły kładłam się na łóżku i
myślałam nad sensem życia i egzystencji ogólnie, do końca dnia wlepiając oczy w
sufit albo w ekran mojego ledwie żywego laptopa. Grałam w różne gry, godzinami
przesiadywałam na facebooku, byłam już zmęczona moim żywotem. Wtedy
postanowiłam go odmienić, zająć się czymś naprawdę ciekawym, czymś, co by
pochłonęło moją uwagę i poprowadziło z dumą przez życie, czymś co było idealne
dla mnie i tylko dla mnie. Czułam, że rozpoczynam nowy rozdział w księdze o
tytule „Życie Alice”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz